Zwierz na trasie napotkany: Chorwacja i Czarnogóra

Jako miłośniczka wielonożnych stworów wszelakich, nie mogłabym pominąć ich obecności w podróżniczych wspomnieniach. Duże, czy małe, bzyczące, syczące, skaczące albo pełzająca, włochate czy skrzydlate… zwierzaki spotyka się wszędzie. Często grają główną rolę, czasami umykają na drugi plan, jednak zawsze są gdzieś tam obecne i dają o sobie znać, nawet w najmniej oczekiwanym momencie. Są obiektami podziwu, współczucia, rozdrażnienia albo bezradności. Powodują uśmiech na twarzy, niemy zachwyt, dodatkowe przerwy na wyciągnięcie aparatu i obfotografowanie z wszystkich stron, zanim zdążą umknąć. Zdarza się też, że wzbudzają żądzę mordu wszystkich sztuk danego gatunku, ażeby zginęły w nicości i przepadły w otchłani. Pora na rozpoczęcie opowieści z kategorii „Fauniseria” czyli historie z udziałem przedstawicieli królestwa zwierząt.

Na pierwszy ogień idzie nasza miesięczna tułaczka po dwóch krajach półwyspu bałkańskiego,  ponieważ dwa lata temu po licznych dyskusjach postanowiliśmy spędzić wakacje w Chorwacji i Czarnogórze. Jako, że była to pierwsza zagraniczna wyprawa autostopowa, wspominam ją z wielkim sentymentem, a że miała miejsce jakiś czas temu i niektóre wspomnienia trochę się zatarły, przygotowując notkę musiałam się posiłkować zawsze-towrzyszącym-mi-w-podróży notesikiem, skarbnicą informacji po-wyprawowych. O notesiku jeszcze pewnie nie raz usłyszycie. Notesik nie jest jednym i niepowtarzalnym egzemplarzem, on stał się już swoistą instytucją icon wink  Zwierz na trasie napotkany: Chorwacja i Czarnogóra W każdą podróż zabieram niewielki zeszycik, w którym zapisuję wszelkie potrzebne informacje, nazwy, adresy, kontakty do spotkanych po drodze ludzi, ceny, wydatki, godziny odjazdów, przyjazdów, trasy i wszystko co ważne w danym momencie. Dzięki niemu po powrocie o wiele łatwiej odtworzyć niektóre sytuacje, zdać relację czy oszacować kosztorys. Poza tym jest świetnym narzędziem komunikacji obrazkowej. Zaraz po portfelu, dokumentach i telefonie jest jedną z 4 rzeczy, które skrupulatnie przechowuję w nerce i pilnuję jak oka w głowie.

Przyjemniaczki

Kto w Chorwacji latem był, ten wie jak jest: piękne widoki, urokliwe wysepki, górki i pagóry, przejrzysta woda i piękna słoneczna pogoda. No właśnie… Pogoda. Zajechaliśmy na miejsce, a tam pochmurno. Zbliżał się wieczór, miejsce do łapania stopa średnie, ściemnia się, przestrzeni na rozbicie namiotu brak, a z daleka słychać złowieszcze pomruki. Kiedy zapadł totalny zmrok, podjęliśmy decyzję o spenetrowaniu okolicy i znalezieniu nie rzucającego się w oczy kawałka trawniczka, aby rozstawić nasze własne cztery kąty. W chaszczach nieopodal miejsce się znalazło, ale wystarczyło kilka refleksów świetlnych z latarki, abym uciekła stamtąd szybciej, niż przeszło mi przez myśl, aby spędzić tam noc. Skwer usiany był setkami plastikowych korków po winach i to nie tych z najwyższej półki, a także rozbitymi butelkami, śmieciami, połamanymi deskami i innymi odpadkami. Uroku dodawały postrzępione, śmierdzące ubrania i plączące się pod nogami kołtuny futra i kłaków. A pomruki się nasilały. Właściwie przeszły w całkiem już potężne grzmoty, którym towarzyszyły jasne rozbłyski na niebie. Zerwał się silny wiatr, gnający po ulicy foliowe torebki, niczym róże pustyni na dzikim zachodzie icon wink  Zwierz na trasie napotkany: Chorwacja i Czarnogóra Koniec końców wylądowaliśmy na murowanym przystanku autobusowym tuż za rogu naszej miejscówki, na której próbowaliśmy łapać stopa. Burza rozhulała się w najlepsze, co ciekawe, nie towarzyszył jej żaden deszcz. Po jakimś czasie grzmoty ucichły, rozpadało się na dobre, a mi powieki zaczęły opadać. Wyciągnęłam karimatę, śpiwór, oczyściłam kawałek klepiska z papierosowych niedopałków i ułożyłam się po zawietrznej od tych petów, żeby nie czuć ich znienawidzonego smrodku. Zasnęłam w oka mgnieniu. Dębowy, jak przystało na supertrampa płci męskiej, dzielnie stróżował. Minęła godzina, dwie, spało mi się całkiem całkiem i byłabym spędziła dość przyjemną noc, gdyby nie pewne przyjemniaczki… W pewnym momencie przyszła pora na przewrócenie się na drugi bok. Otwieram oko, lustruję jak wygląda sytuacja, czy może już świta… spoglądam na zegarek, a tu dopiero druga. I to był błąd, ponieważ, chociaż zaspany, to jednak wyczulony wzrok, dostrzegł ciemny kształt przebiegający żwawo tuż przed nosem. Latarka, światło… Karaluch… Co jak co, ale nie wszystkie stworzenia darzę tą samą sympatią, a niektórych to w ogóle nienawidzę. But, plask. Niby spokój, ale jakoś tak nieswojo. Uzbrojona w latarkę i but próbuję zmrużyć oczy, ale to już nie to. Ziarenko niepewności zostało zasiane. Zza murku wybiega kolejny egzemplarz, niebezpiecznie szybko zbliża się do mego stanowiska. But, plask. No to sobie pospałam. Resztę nocy spędziłam z trekiem i czołówką pod ramieniem, od czasu do czasu zamachując się i jak nie trafiając, to chociaż odstraszając kolejnego karaczana. Jak więc widzicie, zwierzaki nie zawsze są obiektem ochów i achów icon wink  Zwierz na trasie napotkany: Chorwacja i Czarnogóra

Przystanek  Zwierz na trasie napotkany: Chorwacja i Czarnogóra

Burzowa miejscówka

Pomidorowa sprawa

Po kilku dniach trafiliśmy na świetny kemping na wyspie Murter. Przepięknie położony, zajmował ogromny obszar po dwóch stronach głównej drogi dojazdowej do głębszych rejonów wyspy. Nastąpiły formalności związane z check-in, a później szukanie miejsca do rozbicia namiotu. Teren był ogromny i w niewielkim stopniu przekształcony przez człowieka. Wprawdzie sporo obszaru zajmowały parcele pod campery, ale im dalej, tym bardziej dziko i udało nam się znaleźć urocze miejsce pod rozłożystym drzewem, z dala od zgiełku kempingowej restauracji, prysznicy i sklepiku. Wieczorem byliśmy świadkami wspaniałego koncertu cykad w akompaniamencie szumu fal i świergotu ptaszków. Nauczeni doświadczeniem z wcześniejszych noclegów w namiocie, całe jedzenie zapakowaliśmy do plastikowej torby i zawiesiliśmy na drzewie. Już czułam w ustach smak tego soczystego, dojrzewającego w południowym słońcu pomidora, który zakupiłam na śniadanko. W nocy obudził mnie szelest rozdzieranej reklamówki. Zerwałam się na równe nogi, rozsunęłam zamek, a tam futrzasta kula dobiera się do siatki z moim warzywem! Spłoszyłam niedoszłego rabusia, zagarnęłam ocalony łup i poszłam spać. Zwierzak nie zraził się zbytnio, nadal próbował dostać się do smakołyku, skakał nam po tropiku i próbował wedrzeć do sypialni. Rano zaglądam do spiżarki i już wtedy poczułam pewną nutkę podejrzliwości. Reklamówka z pomidorem miała dziwnie postrzępione brzeg. Biorę w ręce, obracam w drugą stronę, a tak zieje wielka dziura. Żeby tylko w siatce. Większość mego pomidora została bezczelnie spałaszowana! Jednak się skubańcowi udało dostać do tej paczki na gałęzi i nadwyrężyć zapad!. Może teraz nie wydaje Wam się to jakąś tragedią, ale wyobraźcie sobie: dwoje studentów na totalnie budżetowym wyjeździe, o kabanosach wziętych z domu dawno już nie było co marzyć, plecaki wyładowane pasztetami, puree z ziemniaków i chińskimi zupkami. Pragną oni urozmaicić swoje menu i wzbogacić poranną kanapkę soczystym pomidorkiem, a tu takie rozczarowanie. No nic, uparłam się na tego pomidora. Skończyło się tak, że drałowałam później 5 km w jedną stronę do najbliższego otwartego sklepu, bo tak się złożyło, że akurat była niedziela i kempingowy warzywniak nie funkcjonował.

P9076648  Zwierz na trasie napotkany: Chorwacja i Czarnogóra

Widok z kemingu na wyspie Murter

Nieoczekiwani goście

W czasie podróży od czasu do czasu trzeba się wykąpać, a nocowanie „na dziko” nie zawsze taką możliwość oferuje;). Trafiliśmy więc na, z pozoru schludnie wyglądający, kemping przy domowej posiadłości i gościnnych pokojach. Jak się później okazało jedynymi obowiązkami właścicieli w zakresie wynajmu było pobieranie opłat za korzystanie z przybytku. Wokół ich domu panował porządek: schludnie, czysto, zamiecione obejście i skoszona trawka. Tak się składało, że cały obiekt porastały drzewa figowe. Czas naszych wojaży przypadał akurat na wrzesień, więc owoce garściami leciały z drzew. A gdzie słodkie rozbryzgane owocki, tam roje much, ós i pszczół. Jakoś dziwnym trafem granica zmiatania owoców przebiegała dokładnie wzdłuż ścieżki prowadzącej do domku gospodarzy. Sanitariaty też wołały o pomstę do nieba. A tu 10 euro za noc… Pan i Pani ni hu hu po angielsku, ich córka również, okoliczni mieszkańcy także nie, a jak chcieliśmy wytargować zniżkę, to po migowemu i rysunkowemu, jakoś do nich nie trafiało. W celach konsumpcyjno-kulinarnych ewakuowaliśmy się nad najbliższą zatoczkę, na niewielkie betonowane molo. Rozstawiliśmy sprzęt do gotowania, kubeczki, herbatka, jedzonko. Pichcimy w najlepsze, a tu nieśmiało zza krawędzi wysuwają się szczypczyki. Jedne, drugie, piąte, dziesiąte. W kilka minut zostaliśmy otoczeni przez stadko krabowych mieszkańców, zaciekawionych zapachami wydobywających się z kociołka. Nie byłabym sobą, gdybym nie próbowała jakiegoś pomiziać. Krabowe safari wymagało niezwykłego sprytu i zręczności, ale się udało. Oczywiście obydwa osobniki, zaraz po sfotografowaniu zostały odtransportowane na pobliskie kamloty. A my kontynuowaliśmy naszą wieczerzę w towarzystwie kolejnych ciekawskich oczek i klikających szczypczyków…

P9127055  Zwierz na trasie napotkany: Chorwacja i Czarnogóra

Nat i Krab

Dla psa kiełbasa

A na koniec historia niezwykła. Opowiada bowiem, jak to Dębowy (który zazwyczaj z rezerwą podchodzi do psów i stroni od bliższych kontaktów w wyżej wymienionymi) odstąpił chorwackiemu burkowi swoją porcję kiełbaski. Cała sytuacja działa się już na końcu naszej wyprawy. Portfele skurczyły się drastycznie, trzeba było wracać. Tak się składa, że Dubrownik nie jest dla nas szczęśliwym autostopowym miejscem. W drodze do Czarnogóry spędziliśmy łącznie 8 godzin próbując złapać okazję, bez powodzenia. Teraz musieliśmy stanąć z drugiej strony i kierować się w głąb kraju. Cztery godziny stania w słońcu, mimo że na zmianę, nie skończyły się dla Dęba dobrze. Za bardzo mu chyba przygrzało, bo nagle zbladł, zesłabł i uciekł w krzaki. Wrócił blady jak papier, lżejszy o zawartość żołądka, totalnie wypompowany z energii życiowej. Jak siadł, tak nie było sił, żeby go ruszyć. Woda nam się kończyła, żadnego sklepu wokoło, skraj miasta, samochodów jak na lekarstwo, nikt się nie chce zatrzymać. Ja trochę spanikowałam, bo nigdy wcześniej w takim stanie nie było mi go zobaczyć, upewniłam się, że mogę zostawić go tak na trochę, poleciałam w dół do miasta. Zaopatrzyłam się w kilka litrów zimnej wody, specyfiki apteczne na problemy z żołądkiem, elektrolity jakieś i z powrotem w górę. Dębowy jak zobaczył wodę, wypił prawie całą półtoralitrową butelkę na raz. I wtedy nastąpił cud. Zatrzymał się obok nas niewielki samochód dostawczy, z którego wysiadł Kierowca i zaczął z nami rozmawiać. Powiedział, że jechał tędy kilka godzin wcześniej w przeciwnym kierunku na rozładunek. Już wtedy pomyślał, że jak będzie wracał i nadal będziemy stać, to nas zabierze. Jednak stan Dębowego raczej wykluczał wsiadanie do samochodu i bezproblemowy przejazd. Opowiedzieliśmy mu wszystko, on stwierdził, że nie ma problemu, że mamy wsiadać, jak tylko coś będzie się działo mamy dać znać, on się zatrzyma. Nie wiedzieliśmy jak mu dziękować. Zapakowaliśmy  plecaki do chłodni (bo taki typ ciężarówki to był) a siebie do kabiny i w drogę. Czas umilała nam puszczana przez niego muzyka chóralna a capella i widok najpiękniejszego zachodu słońca, jaki było nam dane oglądać tamtych wakacji. Niestety krętość Magistrali Adriatyckiej dała o sobie znać, a tu z lewej przepaść, z prawej ściana skalna. Tutaj należy wtrącić radę dla mających chorobę lokomocyjną – polecamy woreczki do żywności Jan Niezbędny, 100% szczelność;) Pan Kierowca stwierdził, że to musi być udar słoneczny albo jakieś przegrzanie organizmu, nakazał poszkodowanemu sączyć wodę małymi łyczkami i wyciągnął z wiezionych przez siebie zapasów jogurt naturalny, który Dębowemu praktycznie wmusił. Pomogło. Oczywiście nie mogliśmy się Panu Kierowcy nadziękować. Kiedy wysiedliśmy, udałam się w celu szukania miejsca na spoczynek. Znalazłam fantastyczną polankę pośród mandarynkowego sadu. Jednak zawsze muszą być jakieś schody… Jak wyszłam spomiędzy drzew zauważyłam, że obserwuje mnie mężczyzna. Stróż sadu czy ki diabeł? Usiadłam koło Dębowego, czekaliśmy aż sobie pójdzie, ale nie. Stał, palił papierosa za papierosem i rozmawiał przez telefon. Po 20 minutach podjechał samochód i inny facet podmienił obserwatora. Po kolejnych „nastu” minutach wykonał telefon, podjechał patrol policji i skierowali się w naszą stronę. No ładnie. Takie idealne miejsce przepadnie. Stróżowie Prawa wylegitymowali nas, wypytali „skąd?” „dokąd?” „dlaczego?” i czy jesteśmy w posiadaniu jakichkolwiek narkotyków. Jak się upewnili, że nie, zapytaliśmy gdzie możemy się rozbić (teoretycznie w Chorwacji nocowanie „na dziko” jest zabronione i karane mandatami). Wspomnieli o pobliskim (oddalonym o 8 km) kempingu, ale wyśmiali naszą prośbę o podrzucenie (oczywiście, wiem, że nie od tego jest policja, ale później tego wieczoru widzieliśmy ich jeszcze kilka razy jeżdżących tam i z powrotem bez celu, uśmiechając się i gawędząc wesoło). Zaproponowali, że możemy rozbić się na parkingu salonu samochodowego, w sumie to nie wiedzą czy można, ale może właściciel nie będzie miał nic przeciwko. Koniec końców wybraliśmy majaczącą w oddali stację benzynową. Ale trzeba było tam jeszcze dojść, a Dębowemu znów się pogorszyło. Odległość 1 km pokonywaliśmy na pięć razy, zajęło nam to około godziny. Pracownik bez problemu pozwolił nam rozbić się na trawce za budynkiem stacji. Rozstawiłam nasz domek, zaaplikowałam jeszcze pacjentowi leki i wodę, po czym wturlałam go do środka. I tu dochodzimy do sedna historii. Rano jak się obudził, był praktycznie zdrowy. Czuł się wyśmienicie (przynajmniej w porównaniu z dniem poprzednim). Był tak, radosny i rozpromieniony, że jak tylko dostrzegł zbliżającego się kundelka, postanowił podzielić się z nim swoim szczęściem i obdarował go kiełbasą. Burek ze smakiem wsunął kąsek, połasił się, a później odprowadził na miejsce, z którego rozpoczęliśmy łapanie stopa do domu.

P9157146  Zwierz na trasie napotkany: Chorwacja i Czarnogóra

Chorwacki psiak