Preikestolen, czyli jak (nie) zejść na zawał

Dziś o jednym z marzeń, które udał nam się zrealizować. Dwa lata temu postanowiliśmy, że odwiedzimy Norwegię. Zawsze nas tam ciągnęło. Nasłuchaliśmy się i naczytaliśmy o zapierających dech w piersiach widokach, głębokich fiordach, dzikiej naturze i jej cudach, które można spotkać na każdym kroku. Jak przekonaliśmy się na własnej skórze, relacje bywalców nie minęły się z prawdą. Już kilka miesięcy przed wyjazdem dorwaliśmy niedrogie bilety na długi weekend majowy. Lecieliśmy w trójkę: Dębowy, nasza przyjaciółka-współlokatorka Magda i ja. Na miejscu czekała na nas kolejna przyjaciółka, przebywająca akurat na Erasmusie Aleksandra, ze swoim chłopakiem Eivindem, rodowitym Norwegiem.

P5035611 Preikestolen, czyli jak (nie) zejść na zawał

W ramach oszczędności – jeden bagaż rejestrowany. Tylko jak to wszystko zapakować?

Pierwsze kroki

Wylądowaliśmy na lotnisku Oslo-Torp. Nazwa może sugerować na to, że znaleźliśmy się w stolicy lub w jej bezpośredniej bliskości, ale wcale tak nie jest. Oslo jest oddalone od portu lotniczego o ponad 100 km. Od razu skierowaliśmy się w stronę fiordów. No może nie tak od razu, bo mieliśmy kilka wolnych godzin do pociągu, na który bilety kupiliśmy tydzień wcześniej. Postanowiliśmy je wykorzystać na zwiedzenie Tønsberg, jednego z najstarszych norweskich miast. W drodze na stację zagłębiliśmy się w urokliwe uliczki i natknęliśmy się na polski akcent…

P5035619 Preikestolen, czyli jak (nie) zejść na zawał

Wiedzą co dobre!

 

Kolej idealna

Ruszyliśmy w kilkugodzinną podróż norweską koleją. Klimatyzacja, czysta pachnąca toaleta, kocyk, dmuchana poduszka, zatyczki do uszu, opaska na oczy, gniazko i gładka jazda bez wstrząsów. Większość drogi przespaliśmy, a ranek powitał nas pięknymi widokami wybrzeża, niewielkich domków, ogródków, niskich kamiennych obmurowań, zielonych pagórków i pasących się na nich owiec.

P5086197 Preikestolen, czyli jak (nie) zejść na zawał

Każdy głaz można odpowiednio zagospodarować

 

Ruszamy na szlak!

Cele mieliśmy dwa. Wdrapać się na górę, podejść do krawędzi Preikestolen i wychylić głowy nad 600-metrową przepaścią Lysefjordu oraz wleźć na zawieszony między dwoma ścianami skalnymi głaz Kjeragbolten. W Stavanger zaopatrzyliśmy się w mapy i złapaliśmy prom do Tau. Szlak na Kjerag był zamknięty z powodu zalegającego jeszcze o tej porze roku śniegu (przypominam, był początek maja). Udaliśmy się więc powoli w kierunku Preikestolen. Rozpoczęło się  3 dniami trekkingu w górach.Ruszyliśmy z Jørpeland. Ledwo opuściliśmy granice miasteczka, a naszym oczom ukazały się szumiące kaskady i wodospady.

P5065917 Preikestolen, czyli jak (nie) zejść na zawał

Urocze głazowisko

Dywan z mchu najwygodniejszym posłaniem

Za cel obraliśmy sobie wskazane na mapie jezioro i spędzenie nocy w kabinie, jednym z domków należącym do sieci DNT (Den Norske Turistforening) Norweskiego Stowarzyszenia Trekkingowego, do którego klucz posiadała Aleksandra. W ogóle świetna rzecz z tym stowarzyszeniem. Płacąc rocznie pewną kwotę za przynależność do niego, zyskuje się dostęp do świetnie prosperującej sieci domków, niektóre z nich posiadają serwis, inne są samoobsługowe. Domki są wyposażone w drewno do rozpalenia ogniska, sprzęt do przyrządzenia jedzenia i wiele innych użytecznych akcesoriów. Dzięki przynależności opłata za korzystanie z nich jest symboliczna(w porównaniu z cenami za wynajem prywatnych domków). Tak więc ruszyliśmy czerwonym szlakiem w drogę, który w porównaniu z mapą miał jakieś odchylenia. W pewnym momencie dotarliśmy do skrzyżowania trzech szlaków. Wydawać by się mogło, że wybranie odpowiedniego i kontynuowanie wędrówki to nic trudnego. Co jednak powiecie na to, że każdy z nich był oznaczony kolorem czerwonym? Wykazaliśmy się jednak umiejętnościami nabytymi na studiach i z pomocą kompasu, mapy i kierunku biegu strumienia udało nam się odpowiednio zorientować w terenie. Ściemniało się, szliśmy dalej, powoli zaczęliśmy się zastanawiać czy oby na pewno wybraliśmy dobrą drogę. W końcu, totalnie zmęczeni ujrzeliśmy jezioro i majaczący nad nim domek. Tylko, że to wszystko znajdowało się dużo niżej i żeby tam dotrzeć musieliśmy pokonać bardzo stromy stok usiany oblepionymi mchem głazami,  porośnięty plątaniną chaszczy. Ucieszeni pognaliśmy w dół, praktycznie zjeżdżając na tyłkach. Klucz nie pasował. To nie ten domek, trafiliśmy na jakiś prywatny przybytek. Trudno. Było już za późno, żeby szukać dalej. Rozbiliśmy obozowisko obok chatki, nazbieraliśmy gałęzi i na specjalnie przygotowanym w tym celu miejscu rozpaliliśmy ognisko. Uraczeni przywiezionymi z Polski trunkami zasnęliśmy jak dzieci. Polecam rozbijanie namiotu na dywanie z trawy i mchu. Fantastycznie izolują, w ogóle nie ciągnie od ziemi, a i przyjemnie i mięciutko jest. Co ciekawe, w pobliżu jeziora nie ma żadnej drogi dojazdowej, więc aby przetransportować tu domki albo sprzęt typu łódki czy kajaki, trzeba użyć helikoptera.

P5055799 Preikestolen, czyli jak (nie) zejść na zawał

Idealne miejsce na obozowisko

Złodziejaszek…

Rano przyszła pora na śniadanko. Już bierzemy się za szykowanie, a tutaj zdziwienie, nie ma torby z chlebem i sucharkami… Ktoś oddala się od namiotu, aby poszukać ustronnego miejsca i woła z daleka, że odnalazł potargany chleb. Kawałek dalej sucharki. A jeszcze dalej nadszarpaną torbę. Skurczybyk jakiś bezczelnie wpełzł nam do przedsionka i ukradł torbę z jedzeniem! Dobrze, że pakunek z kabanosami był w innym miejscu, bo to by dopiero była strata. Szamaliśmy kanapki z Kremusiem, zostawiliśmy ekwipunek w namiotach i poszliśmy badać okolicę. Woda jest tak czysta i przejrzysta, że nie obawialiśmy się pić bezpośrednio ze strumieni. Okazało się, że wylądowaliśmy w innym miejscu niż zakładaliśmy i zboczyliśmy ze szklaku. Po drugiej stronie jeziora wypatrzyliśmy kilka domków, więc tam poszliśmy szukać szczęścia z naszym kluczem. Droga wiodła po wielkich kamlotach porośniętych porostami i mchem. Po kilku zapadnięciach między głazy i dwukrotnym utknięciu, każdy zaopatrzył się w kij do macania drogi przed nim i sprawdzania czy pod mchem jest skała, czy też może jednak nie.

P5055835 Preikestolen, czyli jak (nie) zejść na zawał

Dębowy niczym pasterz

Wiosłujemy! Nie lenimy się!

Niestety po dotarciu na drugą stronę jeziora okazało się, że klucz nie pasuje do żadnej chatki. Nie pozostało nam nic innego, jak wracać do obozowiska. Nasz wzrok przykuł plastikowy łódko-ponton pozostawiony pod jedną z chatek. Przeniesienie wszystkich bagaży z powrotem na szlak, tak żeby przy okazji nie pospadać z klamotów wymagałoby dwukrotnego kursu na nogach. Postanowiliśmy więc trochę ułatwić sobie życie i pożyczyć ponton, żeby następnego dnia przetransportować bagaże na przeciwległy naszemu obozowi brzeg. Akcja zakończyła się sukcesem, a my powędrowaliśmy dalej. Następne obozowisko rozbiliśmy na skrawku ziemi ochrzczonym mianem „Doliny Muminków”. Było pięknie, zielono, idyllicznie wręcz. Rano przyszedł czas na wyzwanie… kąpiel we wiosennym górskim strumieniu. Nie wiem do czego porównać zanurzenie w tak lodowatej wodzie. Było tak lodowato, że straciłam czucie i miałam wrażenie, że pozbyłam się głowy (zanurzenie jej było największym wyzwaniem).

DSC05869 Preikestolen, czyli jak (nie) zejść na zawał

Odbijamy!

Czas stanąć oko w oko z wyzwaniem!

Od tego momentu kontynuowaliśmy podróż we trójkę: Magda, Dębowy i ja. Z Jørpeland złapaliśmy autobus podjeżdżający do bazy wypadowej na Preikestolen. Rozbiliśmy namiot niedaleko schroniska i pognaliśmy zdobyć Hyvlatonnå, jak nazywają ją lokalsi. Było już całkiem późno kiedy wyruszyliśmy, bo około piętnastej. Po drodze mijaliśmy mnóstwo schodzących turystów, ale my byliśmy jedynymi osobami udającymi się w górę. Szczerze polecam późniejsze wchodzenie. Na górze nie było NIKOGO oprócz nas. Wierzcie mi, to nie zdarza się często. Wystarczy, że wygooglacie nazwę skały, a fotografie pokażą jak tłoczno potrafi tam być. Wywiało nas tam na prawo i lewo, ledwo trzymaliśmy się na nogach. Wspinaczka zajęła ok. 2 godziny, cały czas pod górę po głazach. Po drodze podziwiać można fantastyczne panoramy gór i porozrzucanych między pasmami jezior, rozmieszczonych na różnych poziomach, połączonych wodospadami. Ja mam tak, że zawsze pcham się tam gdzie najwyżej, najlepiej widać, najbliżej krawędzi, chociażby przede mną rozpościerała się głęboka na kilkaset metrów przepaść. Z tego powodu zawsze zbieram porządny ochrzan od Dębowego, który ma lęk wysokości i nie rozumie mojego uwielbienia do napawania się przestrzenią. Tym razem jednak chodziło o wysoką stawkę, w końcu nie zawsze ma się okazję znaleźć w tak cudownym miejscu i spojrzeć w dół z kilkusetmetrowej przepaści. Razem podpełzliśmy do krawędzi i wychyliliśmy łebki. Wrażeń nie da się opisać, to trzeba przeżyć…

P5076090 Preikestolen, czyli jak (nie) zejść na zawał

Spełniamy marzenie!

 Couch Surfing, pierwsze koty za płoty

Kończąc naszą wyprawę postanowiliśmy skorzystać z Couch Surfingu. Po raz pierwszy jako przyjmowani, a nie gospodarze. Naszym portem odlotu było Stavanger, więc nie musieliśmy ponownie pokonywać 400km trasy pociągiem. Uzyskaliśmy gościnę u Stiga, Norwega, który pokazał nam największe atrakcje miasta. Stig okazał się Couch Surferem pełną gębą i bardzo nas zaskoczył. Okazało się, że w dniu, w którym wyjeżdżaliśmy (a mieliśmy samolot popołudniu), rano wylatywał za granicę. Od razu odrzucił naszą propozycję, że wstaniemy razem z nim, udamy się na lotnisko i tam przeczekamy kilka godzin. Stwierdził, że wyglądamy na godnych zaufania, powiedział, że mamy się czuć jak u siebie, a jak wyjdziemy mamy zamknąć i zostawić klucze we wskazanym miejscu. Im więcej podróżujemy, tym bardziej się przekonujemy o tym, że bezinteresowna pomoc ma sporą rację bytu, a ludzie, którzy jej udzielają to wcale nie taki wymierający gatunek.

 

Kilka informacji praktycznych:

Tønsberg > Stavanger: 450 km – 200 NOK – 110 PLN „miniprice”. Wprawdzie normalna cena za ten dystans z dnia na dzień to ponad 900 NOK (chyba, że jesteś studentem, wtedy uzyskujesz 25% zniżkę), to jeśli zarezerwuje się z odpowiednim wyprzedzeniem można ustrzelić niezłą okazję.

Stavanger > Tau : prom 40 NOK – 22 PLN

Tau > parking Preikestolen: autobus: 55 NOK – 30 PLN

Stavanger > autobus miejski: dzienny 30 NOK/ 16,5 PLN, nocny 75 NOK /41 PLN, dobowy 80 NOK/44PLN , trzydniowy 140 NOK/77 PLN

 

——————————-
Zobacz inne nasze teksty!
Co i gdzie zjeść w Budapeszcie
Filmy które mogą zmienić Twoje życie
Najlepsze węgierskie wina
5 powodów dla których warto odwiedzić Gruzję