Jak (nie) zostać magistrem

Piękny dzień. Obudziły mnie promienie porannego, wiosennego słońca, przebijające nieśmiało przez otwarte okno. Po kilkunastu minutach oswajania się z jasnością, wstałem jak gdyby nigdy nic, bez tych cierpień i całego dramatyzmu towarzyszącemu wstawaniu pod przymusem terroryzującego mnie budzika. Po chwili wjechała kanapka z pasztetem. Ten dzień nie mógł skończyć się źle. Delektuję się nieśpiesznie błogim nicnierobieniem, gdy nagle niezmącony dotąd myślą jakąkolwiek mózg, posiał w głowie ziarnko niepewności. Z niepewności zrodziła się myśl. Ta, niczym szarańcza opanowała moją głowę, ewoluując w mgnieniu oka w pomysł rodem z niezbyt śmiesznego dowcipu – a może by tak zacząć pisać pracę magisterską? Nie ma już odwrotu. Szybkie ogarnięcie się, rower, wydział, biblioteka. Rok odwlekania i nieustającego szukania wymówek, właśnie dobiegł końca. Czas postawić kropkę nad i. Czas po pięciu latach dojechać w końcu do mety. Czas zostać magistrem… tym razem dam radę!

 

indeks Jak (nie) zostać magistrem

Insygnia studenta…

Faza zaprzeczania

To nie może być prawda. Przecież dopiero co zacząłem studia! A teraz siedzę w bibliotece, w około kilkunastu podobnych do mnie nieszczęśników, wpatrzonych w ekrany swoich laptopów otoczeni stertą książek, których nawet nie próbują zrozumieć. Czekają, aż natchnienie samo do nich przyjdzie. Widzę jak ostatnie strzępy nadziei gasną powoli w ich oczach. Rozmyślam w którym miejscu popełniłem błąd… może jednak trzeba było odpuścić tą ekonomię. Dać sobie ten jeden rok więcej na ugruntowanie wiedzy. Nie. To się nie dzieje. Zaraz się na pewno obudzę…

Faza gniewu

Ja pie%@#*&lę ku@$%wa mać! Szlag trafia na sam widok przemykających wszędzie pierwszoroczniaków. Łażą w jedną i drugą z pełną pieluchą bo przecież sesja taka ciężka, bo zajęcia trwają dwa razy dłużej niż powinny. Przerażeni, że nie usłyszą już więcej dzwonka na przerwę, a przy tym wszystkim uradowani, gdyż nie muszą się już chować z fajkami po kiblach. Co oni do cholery wiedzą o życiu? Mają pojęcie jak to jest żyć z wyrokiem i mieć świadomość, że został tylko miesiąc życia z ważną legitymacją?! Niech sczezną w kolejce do dziekanatu i w nicości przepadną. Ku%$a.

Faza targowania się

Boże, Allahu, Buddo, Kryszno. Światowidzie, Zeusie i Latający potworze spaghetti. Nigdy o nic was nie prosiłem. Nie byłem też szczególnie dobrym człowiekiem. Sytuacja jest jednak szczególna. Żarty się skończyły, co zapewne wiecie. Przejdę więc do sedna, bez zbędnego pieprzenia o dupie maryni. Proponuję deal. Wy dajecie naklejkę na legitymację ważną rok, pokój w akademiku oraz roczny zapas bigosu w słoikach (tylko takiego jak od mamy). Ja natomiast w zamian stanę się dobrym człowiekiem. Zacznę kasować bilety w tramwaju. Oddam nawet zaległe książki do biblioteki. Mogę kamienować niewiernych, nadstawiać drugi policzek, składać ofiary z jelenia a nawet zapieprzać na kolanach do Bolonii. Chyba jest fair, co nie?

Faza depresji

Na co było to wszystko? Czarne chmury skumulowały się właśnie nade mną. Żal i rozgoryczenie – niczego więcej nie czuję. Nie widzę nawet światełka w tunelu. Pójdę do pośredniaka, może po pół roku dostanę posadę w biedronce, a może nie. Może założę rodzinę, może będzie patologiczna, a może nie. Może będę miał psa. Może będzie rasowy, choć pewnie nie. Powieszę sobie dyplom w mieszkaniu, które będę miał lub nie. Niech przypomina czasy, kiedy cokolwiek miało jeszcze sens.

Faza akceptacji

W sumie wszystko jedno. Przecież gorsze rzeczy dzieją się na świecie. Wojny, głód, brak internetu. A ja robię taką tragedię, bo muszę napisać parę stron i zacząć normalne dorosłe życie? W sumie bycie magistrem nie może być aż takie złe. Może jednak zacznę pisać?

Jestem w bibliotece. Panie bibliotekarki fascynująco układają książki na półkach. Każda oznaczona jest specjalnym symbolem i ma przyporządkowane miejsce na regale. Dzień jest ładny, okna są pootwierane, gdyby nie to byłoby za ciepło. Z niemałym zdziwieniem dostrzegam niepokojącą prawidłowość: kwiaty na parapecie ustawione są tylko na odcinkach z zamkniętymi oknami. Gdy powoli dochodziłem czemu wygląda to właśnie tak, przeszedł mi po plecach zimny dreszcz. Niespokojnie rozejrzałem się po pomieszczeniu. Na pierwszy rzut oka wszystko w normie, lecz po chwili olśniło mnie. Wszystkie osoby, które tak samo jak ja, piszą swoją pracę, trzymają swoje książki na lewo od komputera. Myślę sobie, że to przez myszkę, która jest po prawej i pewnie przeszkadza. Po chwili przyszła ona. Bezceremonialnie rzuciła swoje książki na prawą stronę.  Zaraz zamykają. Otwarty dokument worda został zamknięty w stanie nieskalanym.